sobota, 10 stycznia 2015

W krzywym zwierciadle: Orientalny Express


Dokładnie miesiąc temu wygrałam wycieczkę w konkursie mojego ulubionego, najsmaczniejszego na świecie - Paprykarza Szczecińskiego! „Orientalny Express” – tak nazywała się wygrana, która strasznie kolidowała z moimi codziennymi zajęciami i tylko zdezorganizowała mój misternie ułożony plan na nadchodzący miesiąc. Do ostatniej chwili szukałam kogoś na moje miejsce, jednak nikt nie chciał skorzystać z mojej niecodziennej oferty. Wszyscy byli dziwnie zaskoczeni, że chcę zrezygnować z tej wycieczki. Wciąż podkreślali ile to ona nie jest warta, że przeciętnego człowieka na to nie stać i ile to można ciekawych rzeczy zobaczyć. Może i tak było, ale czy ta superhiperwycieczka nie mogła być w innym terminie? Poza tym, nigdy nie lubiłam podróżować. Męczyło mnie to pakowanie, dłużąca się trasa, choroba lokomocyjna, tłumy turystów, setki straganów z pamiątkami i ci nudni, flegmatyczni przewodnicy. Koniec końców, spakowałam walizkę i udałam się do Chin.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Pekinu. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że ten Pekin wcale szału nie robi. Panuje tam istny chaos. Tu trochę nowoczesnej architektury, tam znowu stare budynki z jakimiś śmiesznymi daszkami. Nie wiadomo w pewnym momencie czy jest się w skansenie czy w mieście. Do tego ten wszechobecny gwar. Kto by pomyślał, że tacy mali ludzie mogą narobić tyle hałasu! Wieczorem udaliśmy się na Nocny Bazar Donghuamen. Stoiska były pełne dość specyficznych smakołyków, między innymi larw, koników polnych, skorpionów czy sfermentowanego tofu. Kiedyś stragany te były otwarte od samego świtu, jednak sprzedawcy szybko zbankrutowali, ponieważ turyści z obrzydzeniem patrzyli na oferowane przekąski i poza paroma śmiałkami nikt nic nie chciał kupować. Dlatego sprzedawcy wpadli na pomysł, żeby otwierać stragany pod wieczór, gdy już robi się ciemno, a ludzie zaczynają oblegać miejscowe bary. Pod wpływem odrobiny alkoholu i przy ograniczonym świetle, przyjezdni chętniej zaczęli sięgać po miejscowe specjały. Ha! Całkiem zmyślny ten naród!

Nocny Bazar Donghuamen fot. www.transazja.pl

Następnie udaliśmy się na zwiedzanie Wielkiego Muru Chińskiego. To dopiero była mordęga! Najwyraźniej wycieczka obejmowała też pakiet zrzucania zbędnych kilogramów ( jak zwykle czegoś nie doczytałam). Wypociłam tam spokojnie ze trzy kilo! Człowiek nawet nie zwraca uwagi na te „zapierające dech w piersiach” widoki, bo jest tak zamroczony ze zmęczenia. Jednak możecie być spokojni! Powstały już plany budowy ruchomych schodów wzdłuż muru, co to by nie zniechęcać turystów i ułatwić im kontemplowanie otoczenia. Myślę, że to wspaniały pomysł i na pewno nie jest to problem dla kogoś, kto wybudował tak długi i potężny mur!

Wielki Mur Chiński fot. www.transazja.pl

Podsumowaniem naszej wyprawy, tzw. „wisienką na torcie”, miał być Szanghaj. To miasto to jeden wielki wehikuł czasu. Sami decydujemy czy chcemy udać się w przeszłość czy może w przyszłość. Fantastyczna sprawa! Nie ma mowy o mieszaniu się tych dwóch czasoprzestrzeni. Odwrotnie niż w Pekinie, miasto dzieli rzeka Huangpu na przyszłość i przeszłość. Podobno w futurystycznej części Szanghaju można spotkać Jetsonów, jednak tym razem nie miałam tyle szczęścia, co z paprykarzem.

Te parę dni zleciało, jak z bicza strzelił. To był prawdziwy „Orientalny Express”! Może dobrze mi zrobiło to „wyjście z norki”, ale nie oszukujmy się, teraz wszędzie znajdziemy coś „made in China”, więc po co wyjeżdżać? :-)


P.S.Czasami "trze­ba kłamać, by ro­bić to, na co się ma ochotę." B. Rosiek ;-)

Wszystkie treści, zdjęcia oraz filmiki umieszczone na blogu są mojego autorstwa chyba, że oznaczyłam, iż jest inaczej. Osoby chcące wykorzystać materiały z postów proszę o pisemny kontakt ze mną.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz